|
Przez 17 lat wolnej Polski nie udalo sie osadzic zadnego sedziego i
prokuratora, którzy w czasach stalinowskich skazywali polskich patriotów,
choc prawo zakwalifikowalo ich czyny jako zbrodnie sadowe. Jesli w ogóle
postawiono im zarzuty, nie poniesli zadnych konsekwencji karnych. Tylko
jeden stalinowski sedzia zostal skazany, ale wyrok ten zostal uchylony.
Pozostalych sady albo - mimo twardych dowodów - uniewinnily albo umorzyly
ciagnace sie latami sprawy z powodu "braku ustawowych znamion
przestepstwa"
lub ich smierci (np. plk. Czeslawa Lapinskiego, oskarzyciela rotmistrza
Witolda Pileckiego. Niektóre procesy zawieszono na czas nieokreslony lub
zwrócono akta do uzupelnienia. Jeden z sadów w ogóle odmówil rozpatrzenia
sprawy...
W tej sytuacji wielkim sukcesem jest kilka wyroków na stalinowskich
sledczych. Ale przeciez sedziowie i prokuratorzy nalezeli do tego samego
aparatu terroru. Oni tez mordowali, z ta róznica, ze nie znecajac sie
fizycznie i psychicznie, ale zza biurka. Przeciez prokuratorzy oskarzali, a
sedziowie wydawali wyroki na podstawie dowodów, wymuszonych biciem przez
"sledzi", którzy czesto byli wspólautorami aktu oskarzenia.
Dlaczego zatem
jednych - oprawców z Ministerstwa Bezpieczenstwa Publicznego mozna skazac, a
drugich - oprawców w togach juz nie? Moze przedstawione nizej sprawy kilku
stalinowców, których - choc z mizernym skutkiem - udalo sie jednak dopasc
wymiarowi sprawiedliwosci III RP, pozwola te podwójna miare w sciganiu
komunistycznych zbrodniarzy wyjasnic.
KAT X PAWILONU
Wsród tych nielicznych skazanych znalazl sie Tadeusz Szymanski, zwany katem
X Pawilonu, którego nazwisko budzilo na Mokotowie powszechna groze. Po
trwajacym - bagatela - trzy lata procesie zostal skazany na piec lat
wiezienia. Wiezniowie dobrze go zapamietali. Hanne Radzynska oblewal
lodowata woda i deptal jej po nogach. Stanislawa Mazurkiewicza zmuszal do
lezenia na betonie, zbierania kawalków rozsypanej slomy z siennika i do
ogladania, jak depcze fotografie jego najblizszych. Marianowi Golebiewskiemu
kazal stac godzinami z podniesionymi do góry rekami, zima wrzucal go do celi
bez okna. Stanislawa Rybke bil po calym ciele i zniewazal. Tadeusz Welkier
byl kopany w podbrzusze i bity w tyl glowy. Innych zmuszal do
wielogodzinnego kleczenia na grochu, klul szpilka, uderzal glowa o sciane.
As polskiego lotnictwa Stanislaw Skalski wspominal: "Bity od piet do
glowy
stracilem poczucie czasu. Nagi znalazlem sie w odchodach karceru".
W toku sledztwa okazalo sie równiez, ze Szymanski osobiscie wykonywal wyroki
smierci. Rozstrzelanym wiezniom kazal rozbijac glowy. Dla zabawy i
zastraszenia aranzowal tez pozorne egzekucje (ta sprawa nie znalazla sie w
akcie oskarzenia; dzisiejsze zarzuty dotycza jedynie ulamka zbrodniczej
dzialalnosci - zarówno sledczych, jak i sedziów i prokuratorów). Szymanski
byl równiez specjalista od werbowania agentów wsród wiezniów i szefem
grupy,
która przesluchiwala kobiety.
ZBYT OKRUTNY DLA RÓZANSKIEGO
W 1946 r. 23-letni Szymanski w pismie do UB w Grodzisku Mazowieckim napisal:
"Uprzejmie prosze o przyjecie mnie do bezpieczenstwa, gdyz mam
zamilowanie w
tym pracowac". Poniewaz bardzo sie staral, wkrótce przeniesiono go do
Warszawy na Rakowiecka, gdzie zostal straznikiem, a w 1950 r. oficerem
inspekcyjnym X pawilonu, podleglym bezposrednio Departamentowi Sledczemu
MBP, a konkretnie jego szefowi Jackowi Rózanskiemu (Józefowi Goldbergowi -
to on, w porozumieniu z kierownictwem partii i panstwa - faktycznie wydawal
wyroki). Na "Dziesiatce" komunisci wiezili "najgrozniejszych
przestepców",
tu - w celach - wielu zostalo "osadzonych", a nastepnie straconych.
Podczas swojego procesu przez warszawskim sadem wojskowym Szymanski
utrzymywal, ze w ogóle nie chodzil na Pawilon X. Nie wiedzial, kto i
dlaczego jest tam przetrzymywany. Sledztw nie prowadzil, a jedynie prace
administracyjne, wydawal ksiazki do czytania i korespondencje, gdyz byl...
magazynierem, a swiadkowie musieli go pomylic z innym Szymanskim. Tymczasem
nawet straznicy wiezienni mówili o swoim przelozonym, ze "odznaczal sie
wyjatkowym sadyzmem wobec uwiezionych".
- Przechwalal sie swoim okrucienstwem i tlumaczyl mi, ze wiezniowie to
wrogowie, których trzeba zniszczyc - zeznawal jeden ze strazników, Jan
Sadowski, na procesie Józefa Goldberga-Rózanskiego w 1957 r. Znany z sadyzmu
Rózanski mial kiedys zwrócic uwage Szymanskiemu, ze jest zbyt okrutny. Na
swoim procesie Szymanski wyrazil radosc, ze totalitaryzm sie skonczyl (chyba
tak zle mu nie bylo, bo az do 1989 r. pracowal w stolecznej milicji) i mamy
demokracje (czy dlatego, ze teraz sprawy sadowe ciagna sie latami, a winni
pozostaja bezkarni?). Aby uniknac odpowiedzialnosci, powolywal sie na
papieskie slowa o potrzebie pojednania miedzy Polakami.
SKAZANI Z HUMEREM
Tadeusz Szymanski byl juz wczesniej sadzony za inne przestepstwa. W 1996 r.,
na najslynniejszym procesie ubeków w niepodleglej Polsce - zwanym od
nazwiska glównego oskarzonego - procesem Adama Humera, bylego wicedyrektora
Departamentu Sledczego MBP, zostal skazany na cztery lata (prokurator zadal
szesciu). Razem z nim wyroki otrzymalo 12 "sledzi": Adam Humer
(najwyzsza
kara - dziewiec lat), Eugeniusz Chimczak, Jan Dabrowski, Markus Kac,
Mieczyslaw Kobylec, Edmund Kwasek, Roman Laszkiewicz, Leon Midro, Jan
Pugacewicz, Tadeusz Tomporski i Wieslaw Trutkowski. W lipcu 1998 r., po
apelacji zlozonej przez obronców, Sad Wojewódzki w Warszawie zmniejszyl
wyroki trzem ubekom - Humerowi, Chimczakowi i Laszkiewiczowi do siedmiu i
pól roku wiezienia. Zgodnie z kodeksem karnym z 1932 r., obowiazujacym w
czasie popelnienia przez nich przestepstw, byla to najwieksza kara, jaka
mogli otrzymac. Szymanskiemu utrzymano wyrok czterech lat.
Skrócenie czasu odsiadki bylo jedynie formalne - wiekszosc skazanych, "z
przyczyn zdrowotnych" w ogóle nie trafila za kraty albo znalezli sie tam
na
krótko i zostali przedterminowo zwolnieni (Szymanski siedzial "az"
dwa
lata). W wiezieniu na Mokotowie byli traktowani na specjalnych zasadach, a
starsi "klawisze" zwracali sie do nich wedlug dawnej nomenklatury
sluzbowej.
Wiek i stan zdrowia oskarzonych jest dzis jedna z glównych okolicznosci
lagodzacych - nagminnie wykorzystywana zarówno przez podsadnych jak i
sadzacych.
KAT ZAMOJSZCZYZNY
Na szesc lat wiezienia zostal skazany Mieczyslaw Wybraniec, "oficer"
Powiatowego Urzedu Bezpieczenstwa Publicznego w Zamosciu, nawet przez swoich
kolegów-ubeków nazywany Katem Zamojszczyzny. Akt oskarzenia zarzucil mu
bezprawne pozbawienie wolnosci i torturowanie (w bardzo wyrafinowany sposób)
23 zolnierzy Armii Krajowej, WiN i osób, podejrzanych o zwiazki z nimi, w
okresie od sierpnia do listopada 1946 r. w Zamosciu.
Andrzej Witkowski, prokurator IPN w Lublinie, domagal sie dla bylego sledzia
osmiu lat, argumentujac: "W postawie oskarzonego trudno doszukac sie
chocby
cienia skruchy wobec ogromu cierpien fizycznych i psychicznych zadanych
pokrzywdzonym i ich rodzinom. Zarzucane mu czyny pozostaja czynami osoby
fizycznej, ale zarazem funkcjonariusza panstwa, które samozwanczo nazywajac
sie odrodzonym i demokratycznym, od samego zarania przez lata wychowywalo
swoich funkcjonariuszy w duchu nienawisci, pohanbienia ludzkiej godnosci,
praw czlowieka, a nawet prawa pozytywnego, które samo stanowilo.
Zabezpieczalo im przez lata bezkarnosc za popelnione zbrodnie".
A zatem Wybraniec lamal nawet komunistyczne prawo. Z akt IPN: Mieczyslaw W.
bil aresztowanych "po calym ciele rekoma, drewniana i druciana palka i
kopal
obutymi nogami. (...) Tortury przeprowadzal z uzyciem pradu elektrycznego.
Aleksandrowi P. wypalal ponadto paznokcie u rak, co spowodowalo trwale
znieksztalcenie palców [Aleksander Panas zmarl w 1978 r., jego choroba byla
wynikiem "badan" Wybranca - red.], zas Stanislawa J. bil, uderzajac
kolba
karabinu po calym ciele".
Wybraniec, przyznajac sie do pracy w UB, (ale nie do stosowania tortur):
"Zdarzylo sie, ze reka uderzylem przesluchiwanego, kiedy zdenerwowalem
sie
jego kretactwami".
KRWAWY SYN LEGIONISTY
Mieczyslaw Wybraniec, urodzony we wsi Bzowiec powiatu krasnostawskiego w
rodzinie handlowców, syn zolnierza Legionów Pilsudskiego, w czasie wojny
wstapil do Gwardii Ludowej. W zamojskim PUBP byl najpierw wartownikiem, a
potem - bez zadnego, nawet krótkiego przeszkolenia - "oficerem"
sledczym.
Strach wzbudzal samym wygladem (byl poteznie zbudowany).
Wiezniów przetrzymywal w areszcie nawet przez pól roku (zamiast dozwolonych
prawem 48 godzin), nie przedstawiajac im nakazu aresztowania ani zarzutów.
Przelozony z zamojskiego PUBP o Wybrancu: "Posiada zdolnosc wyciagania
prawdziwych zeznan z zatwardzialych przestepców". Wszystko byloby
"w
porzadku", gdyby jeden z wiezniów (podejrzany o wspólprace z WiN) nie
zmarl
w trakcie sledztwa. Wybranca zatrzymano, ale juz po trzech miesiacach - bez
zadnych reperkusji - wrócil do pracy w bezpiece. W koncu "nic zlego nie
zrobil", tylko ze wzmozona sila "dochodzil prawdy" - z takich
dociekliwych
pracowników latwo sie nie rezygnuje. W miedzyczasie koledzy-ubecy
"ustalili", ze torturowany przez Wybranca wiezien umarl na zawal
serca.
Przestepstwa Wybranca wyszly na jaw, kiedy jeden z AK-owców znalazl jego
nazwisko, przegladajac akta sprawy rehabilitacyjnej swojego podkomendnego -
Leonarda Kalmusa. Niepelnoletniego chlopca aresztowal i brutalnie
przesluchiwal (mimo, iz na procesie Kalmus odwolal swoje zeznania,
stwierdzajac, ze byly one wymuszone biciem, zostal skazany na KS), a
nastepnie rozstrzelal jako "dowódca plutonu egzekucyjnego". Nawet w
stalinowskim systemie bezprawia laczenie tych dwóch funkcji - sledczego i
kata - bylo rzadkoscia. Gwoli scislosci - Wybraniec dowódca byl sam dla
siebie, gdyz po wojnie plutonów egzekucyjnych po prostu nie bylo.
UBEK SPÓLDZIELCA
Po odejsciu z UB w 1949 r. Wybraniec zostal "spóldzielca", pracujac
na
... read more »
|